Żadna armia nie wejdzie na teren Który broniony jest polską ręką Chociaż jest was czterdziestu na j

Żadna armia nie wejdzie na teren Który broniony jest polską ręką Chociaż jest was czterdziestu na j

wtorek, 16 czerwca 2015

Rozdział 34

-Czy ty na pewno wiesz, gdzie jedziemy?- brunet był sceptycznie nastawiony.
-Co do tego nie ma wątpliwości- uśmiechnęłam się ciepło mimo naszej sytuacji. Dodałam trochę łydki i oddałam wodze. Każda sekunda jest na wagę złota. Teraz jesteśmy uzależnieni od czasu.
Jechaliśmy w przerażającej ciszy. Lasy Polski, w których się aktualnie znajdowaliśmy były piękne, dostojne i barwne. Podobne do moich. Ściółka leśna była pełna pognitych, brązowych liści. Gdzie nie gdzie widziałam jeszcze rude liski albo wiewiórki, które dopełniają pewnie po raz ostatni swoje zapasy. Tupot końskich kopyt odbijał się echem po całej ścieżce leśnej. Niespełna godzinę później mogliśmy zauważyć zrujnowane mury dumnego miasta. Konie były zmęczone, dlatego jechaliśmy spokojnym kłusem, mimo, że śpieszyło nam się.
-Polska, Warszawa!- krzyknęłam, kiedy znalazłam tę dwójkę. Byli wystraszeni i roztrzęsieni. Ich twarze, takie brudne i zmęczone upaskudzone były brunatną substancją. Ich zielone, duże oczy były czerwone i przeszklone. Byli niezmiernie do siebie podobni, zresztą jak każda stolica do państwa.
-Co tu robicie? Nigdzie nie jadę, Warszawa mnie potrzebuje!- oburzył się Polska tuląc się do niższej od siebie dziewczyna. Warszawa stała lekko trzęsąc się. To nie był zbyt miły widok widzieć podopieczną Feliksa w takim stanie.
-Bratysława przyjedzie i się nią zajmie.
-Nie- odpowiedziała lekko- Bratysława to jeszcze dziecko- spuściła głowę na dół. Widać, że bała się. Szkoda tylko, że nie było czasu na takie pogaduszki! Spojrzałam na Litwę i skinęłam głową. Chłopak zsiadł z konia i chwycił mocno Polskę.
-Nie przesadzaj- oburzyłam się. Co jak co, ale Warszawa nie będzie obrażać mojej stolicy.- Bratysława ma 17 lat, jest prawie dorosły i odpowiedzialny.
-Nie- uparta nie dawała za wygraną.- Zostanę tu i będę walczyć. Za Polskę.
Widać, że była typową Polką. Lud Polski jest bardzo uparty, a jeżeli chodzi o swoją ojczyznę, zrobi dla niej wszystko. Czasem zazdrościłam mojemu braciszkowi takich ludzi. Nie, żeby Słowacy byli gorsi, bo nie są. Litwa mimo woli Polski posadził go na koniu, na przedni łęk siodła. Sam siadł na tylni łęk, mocno trzymając zdenerwowanego i wyrywającego się Feliksa.
-Uważaj na siebie, proszę- szepnęłam do dziewczyny. Ta, nagle zaczęła płakać.
-Czemu to robicie?- bardzo trudno było ją zrozumieć. Te łzy wcale nie pomagały.
-Musimy wywieść go do Węgier, na kilka dni, nie dłużej. Jego rany są zbyt poważne, nie poradzi sobie tutaj.
-Kłamstwo!- oburzyła się stolica.
-Słowacjo, my już jedziemy- rzucił szybko Litwa. Dobry pomysł, z takim wyrywającym się nastolatkiem nie ma co tu dłużej stać. Mimo, że Litwa i Polska są w tym samym wieku, Toris jest stanowczo silniejszy od Polski. Dzięki Bogu.
-Do cholery jasnej jesteś stolicą Polski czy nie?!- zdenerwowałam się.- Wolisz mieć Polskę przy sobie, aby tobie było lepiej i Feliks zginął, niżeli pozwolić zaopiekować się Polską aby wyzdrowiał?!
-Nie...- uspokoiła się.
-Cieszę się, że rozumiesz.- odpowiedziałam krótko po chwili. Chwyciłam mocniej za wodze- Przykro mi, ale dobrze wiesz, że stolice nie mogą wyjeżdżać za teren państw.
Dziewczyna skinęła tylko głową. Nie chciała na mnie dłużej patrzeć, więc pobiegła przed siebie ze łzami w oczach. Było mi przykro, ale nie mogłam nic innego zrobić.
Z tym wyjeżdżaniem stolic spoza teren państwa tyczy się wszystkich znanych mi stolic, oprócz właśnie mojej Bratysławy, ponieważ mimo, że reprezentuje mnie, jesteśmy uzależnieni od Niemiec. A jego Berlin, jest i moją ustawową stolicą.
Mimo tego, że nie pozwoliłam na takie coś.
Mimo tego, że Bratysława nie pozwolił na takie coś.

niedziela, 14 czerwca 2015

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział 33

-Nie udamy się teraz do Warszawy, byłoby to głupstwo i samobójstwo- przeszłam po pokoju przeczesując grzywkę za siebie. Ten odruch. Za dużo czasu spędzam z Niemcy.
Ostatnio wyznał mi nawet, że przeszkadzają mu moje praktycznie białe włosy i szare oczy. Prawdziwy nazista powinien mieć niebieskie niczym niebo oczy i blond włosy. Bujda! Zresztą, kto powiedział, że jestem nazistką? Splunęłam do doniczki pobliskiego kwiatka. Pluję całościowo na Niemcy i na to słowo...
-A masz jakieś inne rozwiązanie? Polska jest ranny, potrzebuje pomocy- Litwin wstał ze stołu, dotykając palących go policzków. On też nie wyglądał najlepiej.
-Myślałam wykorzystać do tego Bratysławę, ale chyba on nie powinien w to ingerować. Ledwo co zna Polskę.- odezwałam się i szybko ucichłam- Cicho!- nasłuchiwaliśmy. Kilka mocnych kroków wystarczyło mi, abym miała pewność, że nadchodzi niebezpieczeństwo.- Idą, choć szybko za mną- złapałam przyjaciela za rękę i ile miałam sił w nogach ruszyłam w stronę długiego korytarza. Minęłam pierwszy zakręt i weszliśmy w drewniane drzwi. Łapiąc nerwowo powietrze udaliśmy się do piwnicy.- Tu jesteśmy bezpieczni- zamknęłam cicho drzwi za Litwą i zeszłam sporymi schodami w dół. Wszędzie było ciemno, a kurz nie odstępywał nas na krok. Jak ja już tu dawno nie byłam...
-Porąbało cię!
-Zamknij się, usłyszą nas- zakryłam rękę chłopakowi. Kiedy zauważyłam, że napięcie z jego oczu znika, opuściłam rękę.
-Mogliśmy uciec przez okno.
-Jest prawdopodobieństwo, że zostalibyśmy usłyszeni albo zauważeni- podeszłam dwa kroki bliżej do dużego regału pełnego powieść znanych polskich autorów. Kiedy miałam kilkanaście lat, udawaliśmy się wraz z Polską na polany i razem zatapialiśmy się w powieściach.
-A tutaj niby nie?
-Nie, patrz- przesunęłam półkę tak bezszelestnie jak tylko się dało.- Przed nami wyrosły drzwi, niczym nie różniące się od pozostałych- Wiedziałam, że kiedyś taka sytuacja nadejdzie.- Uśmiechnęłam się z nieukrytą satysfakcją i chwyciłam za klamkę. Drzwi stały bardzo długo nie naoliwione, dlatego skrzypiały niemiłosiernie. Kiedy już otworzyłam je, szybko weszliśmy do czarnej przestrzeni, zatrzaskując drzwi. Kilka sekund później usłyszeliśmy kroki. Mieliśmy szczęście, ale ciągle znajdowaliśmy się na terenie mojego domu.
-Nie rozumiem czegoś- Dlaczego nie pojechali pierw do Warszawy? Mogliby...
-Czekaj. Albo się rozdzielili, albo uważali, że Feliks nie byłby takim zadupczonym samobójcą i nie pojechał do siebie.- Odopowiedziałam trzymając kurczowo ręki chłopaka. Czułam bijące od niego ciepło, dzięki któremu trochę się uspokoiłam. Biegliśmy przed siebie tak szybko, jak tylko się dało. Egipskie ciemności opanowały nas całkowicie. Było tam trochę zimno, żaden zapach nie roznosił się po tunelu. W powietrzu była tylko wyczuwalna nasza adrenalina i niepewność. Po kilku minutach zwolniliśmy trochę. Na samym końcu korytarza znajdują się schody, które prowadzą do siodlarni. Mogłabym sobie rękę oddać, że nikogo tam nie zastaniemy. Na całe szczęście moje przypuszczenia się sprawdziły. Wparowaliśmy do pomieszczenia jak poparzeni nie czekając co zrobi los. Było trochę niebezpiecznie. Pomieszczenie mogłoby pomieścić jakieś 4 osoby, nie więcej. Obok włazu na podłodze, dzięki któremu tu weszliśmy stało siedzisko. Obok, leżał stojak na ogłowia, wodze, popręgi, wędzidła itp. Wokół wisiały stojaki na siodła i czapraki.
-Weź 12 i 10, ja wezmę ogłowia.- odezwałam się po chwili, zlecając przyjacielowi wzięcie siodeł- Trzymaj- dodałam, rzucając mu czarną szatę.- Załóż to, nie mogą wiedzieć kto tu jest.
-Gdzie jedziemy?- odezwał się chłopak zakładając czarny materiał. Chwyciłam szybko za ciężki stół i przesunęłam go na właz. Jeżeli Niemcy i jego ekipa weszli za nami koryatrzem, cóż ich problem i nieszczęście.
-Wziąć Polskę, nie może być sam. Jak go znajdziemy, udamy się do Węgier.
-Myślisz, że to dobry pomysł?- wyszliśmy w pośpiechu z pomieszczenia. Stajnia była połączona z siodlarnią, dlatego wskazałam, jakiego Litwa weźmie konia. Był to wysoki, siwy ogier. Mi przypadło na wysokiego, gniadego wałacha. Nie minęło pięć minut, a my byliśmy gotowi do jazdy. Podciągnęłam tylko mojego czarne rękawiczki na dłonie i założyłam kaptur. Pierwsza wyjechałam ze stajni od razu kierując się w gęsty las. Chłopak po chwili dorównał mi, i razem łeb w łeb jechaliśmy cwałem przez martwy las, który przygotowywał się na nadchodzącą zimę.

piątek, 12 czerwca 2015

wattpad

Hej, cześć i czołem!
Chciałam Was tylko powiadomić, że możliwe, że w przeciągu jeszcze tego tygodnia przenoszę się na wattpad. Jest wygodniejszy i można go czytać offline. Naturalnie, będę tu ciągle pisać rozdziały, jednak będą one krótkie i niedopracowane. Te dłuższe, zapięte na ostatni guzik będę właśnie pisać na wspomnianym wcześniej programie. Kiedy założę konto i napiszę pierwszy rozdział powiadomię was o tym.
A na razie ciao, idę się zabrać za kolejny rozdział ;)

Rozdział 32

-Estonia! Łotwa!- moje wołania można było usłyszeć z oddali. Bardzo mi się śpieszyło, nie mogłam tej sprawy zostawić samej.
-Panno Słowacjo, czy coś się stało?-nagle stanął przede mną mężczyzna. Troszkę wyższy ode mnie, ze smutnymi granatowymi oczami.
-Austria? Tak... Znaczy nie!- szybko się poprawiłam- Nic się nie stało, wszystko w najlepszym porządku. Bardzo cię przepraszam, muszę lecieć- rzuciłam szybko i weszłam w pierwsze lepsze drzwi. Przez chwilę czułam wzrok panicza.
-Łotwa?...- zaczęłam nawoływania. Stałam w ogromnej, żółtej sali. Po lewej stronie stało kilka sztuk drzwi prowadzących do innych pokoi. Po środku stało kilka beżowych sof i foteli. Na ścianach rozwieszone były perskie dywany i dumne portrety.- Cholera jasna!
-Wołałaś?- drzwi pod wpływem lekkiego pchnięcia otworzyły się. Dwie pary niebieskich oczu wpatrywały się we mnie bacznie.- Wiesz, gdzie Litwa?
-Właśnie ja w tej sprawie...- zaczęłam, wiedziałam jednak, że muszę się śpieszyć.- On musiał na chwilę pojechać. I Rosji też tu nie ma- dodałam błyskawicznie. Szybko napięcie Bałtyków opuściło ich ciała. Odetchnęli z błogą ulgą.- Muszę teraz do nich niezwłocznie jechać. Jakby ktoś się pytał, wyszłam na spacer, mogę na was liczyć?- skłamałam.
-Jasne...- odpowiedzieli cicho i niepewnie. Skinęłam głową w geście podziękowania i wybiegłam z posiadłości tak szybko, jak tylko się dało.
Po kilku minutach byłam już w drodze. Niestety, nie mogłam dogonić Prus, Rosji i Niemiec. Mogłam się jedynie domyślać, gdzie pojechali.
-Żeby tylko nie było za późno. Boże, spraw, abyśmy mieli czas.
Chwila. Niemcy nie jest aż taki głupi, aby uważać Polskę za takiego bezmyślnego. Oczywiście, że nie pojedzie najpierw do swojego domu.
Dom Węgierki też na pewno odpada.
Dom Litwy był za daleko.
Został tylko mój.
Usiadłam głęboko w siodle, skręcając nerwowo w lewo. Wjechałam w gęsty, iglasty las. Jako jedyna znałam drogę na skróty. Miałam szansę być szybciej od zbrodniarzy.
Droga była nierówna, wyboista i co chwilę traciłam rytm. Las już powoli opanowywała zima. Nigdzie nie było żywej duszy, nawet głośne i radosne ptaki ucichły już. Zima jest jednak moją ulubioną porą roku, ponieważ jest dużo okazji do zagrania w hokeja.
Mogłabym powiedzieć, że jestem dobra w hokeja, jak Polska w jeździectwie.
Po zachodniej i północnej stronie mojego domu ciągną się wysokie, piękne góry i porywiste rzeki, którym towarzyszy iglasty las. Po drugiej stronie rośnie spokojny, las liściasty oraz rozległe, słoneczne łąki. Często urządzałam pikniki właśnie tam wraz z Polską, Litwa, Czechami i Węgry.
Moja mała willa wybudowana jest z drewna. Jest dwupiętrowa, starannie ozdobiona. Kocham ją bardzo mocno, włożyłam w nią wiele trudu. Mieści się trochę daleko od domu Bratysławy, mojej stolicy.
Bratysława jest wysokim, niebieskookim chłopakiem o jasnej, blond czuprynie. Jest on młodszym kuzynem Warszawy, Krakowa, Gniezna i Pragi.
Nagle odgoniłam wszystkie moje wspomnienia i jak burza wjechałam na swoje terytorium. Błyskawicznie podjechałam pod ogrodzenie.
O zgrozo.
-Czemu jest tylko koń Litwy? Szlak!- warknęłam zła. Zsiadłam szybko z konia. Zdjęłam osprzęt tak szybko, jak tylko się dało. Zaprowadziłam konia na padok, sprzęt wzięłam ze sobą.
-Litwa!- krzyknęłam nawoływawczo, kiedy pchnęłam nerwowo drzwi  i wparowałam do środka.
-Cholera, Słowacjo! Polska...
-Uciekł, czyżby?- jego niebieskie oczy, które lekko wychylały się zza rogu napawały strachem.
-Tak- skwitował szybko podchodząc do mnie.
-Nie dziwne, zawsze był uparty.
-Wiesz, gdzie mógł pojechać?- to pytanie bynajmniej mnie zdziwiło. Od 1385 roku, od Unii w Krewie są niczym jednością, a on nie wie gdzie taki lojalny i patriotyczny chłopak jak Polska mógł się udać.
-Jest tylko jedno miejsce, a dokładnie osoba. Warszawa...

środa, 3 czerwca 2015

Rozdział 31 Sabotaż

-Nie sądzę, aby wypalił twój pomysł- momentalnie jasne promyki nadziei w oczach przyjaciela zgasły. Otoczył się ponurą aurą, która i mnie trochę przygwoździła. Spojrzałam smutno w podłogę myśląc nad innym, radykalnym wyjściem.
-A gdyby tak upozorować sabotaż?- skręciliśmy za róg ściany ciągle skradając się do celi, gdzie był Polska. Kluczyki w mojej kieszeni ciągle wydawały z siebie metaliczny dźwięk, który doprowadzał mnie do szału. W pewnym momencie chwyciłam je i mocno ścisnęłam. Były to dwa, złote kluczyki do celi.
-Co masz dokładnie na myśli?- Litwa zaciekawił się moim pomysłem.
-Tutaj- wskazałam chłopakowi drogę, po czym kontynuowałam- Uwolniłbyś Polskę razem ze mną i uciekłbyś do mnie do domu. U ciebie i Feliksa jest zbyt niebezpiecznie. Kiedy upewnię się, że jesteście już daleko, powiem, że Polski nie ma, uciekł albo coś.
-Myślisz, że to dobry pomysł?- sceptyczne myśli Litwy nie dawały mu odwagi. Zrobiłam głęboki wydech.
-Tak- ciepło uśmiechnęłam się do kolegi, mimo, że nie miałam na to najmniejszej ochoty. Sięgnęłam do drugiej kieszeni po mały, srebrny kluczyk z małym napisem ''Home'', po czym podałam mu go.- Weźmiesz dwa konie, siwka i harflingera. Nie siodłaj ich, zbyt wiele czasu by zajęło.
-Jasne- skwitował szybko. Odwróciłam się szybko, aby sprawdzić czy ktoś za nami nie idzie. Wszystko wydawało się być za proste. Jasne ściany rozświetlały ponury korytarz. Serce z każdym nowym krokiem biło coraz mocniej.
-To tutaj- szepnęłam, kiedy stanęliśmy przed dużymi, żelaznymi drzwiami. Przełknęłam ciężko ślinę i włożyłam klucz w dużą kłódkę. Ta, opornie i z głośnym skrzypnięciem otworzyła się. Obróciłam się raz jeszcze, w stronę Litwy. Zasmuciłam się, kiedy spojrzałam w głąb jego smutnych, niebieskich, zimnych oczu.- Gotowy?
-Chyba tak...- nic już nie odpowiadając otworzyłam drzwi. Nie mogliśmy tracić ani chwili. Każda sekunda była na wagę złota.
-Polska?- szepnęłam wchodząc do środka. Litwa podążał za mną, cicho zamykając za sobą drzwi. Cela, w jakiej siedział skulony brat była bardzo mała. To było takie nie humanitarne. Ściany, szare ściany. Spływała po nich szkarłatna krew. Żadnych okien, tylko zimna, nieprzyjemna podłoga i cztery, denne ściany. Słychać było kichanie Feliksa. Jego skulona postawa przyprawiła mnie o łzy. Miał brudne, zmierzwione, blond włosy i rany. Nie podniósł na nas wzroku. Otworzyłam żelazne kraty i niepewnie stawiałam kroki w stronę chłopaka.
-Już wszystko dobrze, żyjesz?- przyklęknęłam przy nim. Był cały związany mocnymi, grubymi sznurami.
-Czego tu chcesz- ledwo co go zrozumiałam. Niespodziewanie z jego oczu poleciały łzy. Jego zielone, duże oczy nagle przeszyły mnie od środka. Całe emocje zlewały się właśnie do koloru tęczówek. Czułam, że był na mnie niewyobrażalnie zły.
-Uwolnić, a co innego mogę?- wraz z Litwą wzięliśmy się za energiczne rozwiązywanie sznurów.
-I tak cię nienawidzę- odchrząknął po chwili spluwając krwią.
-Z wzajemnością, bracie- uśmiechnęłam się do niego z dozą chamskości. Jeden węzeł poszedł. Drugi, trzeci...
Niemcy nie umie wiązać żadnych porządnych sznurów. Ciota.
Wtem, Polska stanął na równe nogi. Dumny, dorosły, taki jest mój brat. Chociaż czasem zachowuje się dziewczęco i podkrada mi sukienki.
-Nie popisuj się, tylko uciekajcie- syknęłam do nich zrywając się z miejsca. Chłopcy poszli w ślad za mną. Cicho otworzyłam drzwi i rozglądnęłam się. Czysto.- Dobra, Litwa, wiesz co robić. Szybko, biegnijcie ja resztą się zajmę.
-Dzięki, siora...- usłyszałam cichy, niechętny szept Feliksa. Podniosłam szybko rękę na znak pożegnania. Nim zdążyłam ogarnąć, co się dzieje wokół mnie, uciekli mi z pola widzenia.
Weszłam do celi i rozglądnęłam się. Nie było tu ani ciepło ani przyjemnie. Mosiężne drzwi prowadziły do średniego wielkością pokoju z drewnianym biurkiem. Zamknęłam za sobą drzwi i podeszłam do mebla. Sterta niewypełnionych papierów niedbale porozrzucana była wokół biurka. Podniosłam jeden. Był napisany po niemiecku, języku, który nigdy mi się nie podobał. Niemcy ciągle mi powtarza, abym zaczęła się go uczyć. Nie potrafię jednak nigdy się za to wziąć, jest za trudny.
Przed biurkiem mieściły się dwa, malutkie pokoje. Obydwa posiadały grube, metalowe kraty i grubą kłódkę. Pierwsza cela była obskurna, zakrwawiona i pełna sznurów. Druga, była tych samych rozmiarów, ale czysta i pusta.
Minuty mijały jak godziny. Siedziałam na miękkim krześle przed pokoikami. Ciężką głowę opierałam na ręce, prawie zasypiałam. Czekałam na idealny moment, aby dokończyć rozpoczęty sabotaż.
-Sądzę, że już są w bezpiecznej odległości- zerwałam się nagle z krzesła i podeszłam na drzwi. Odwróciłam się raz jeszcze do dawnego pomieszczenia, gdzie przetrzymywali Feliksa. Spojrzałam ku sobie i wpadłam na lepszy pomysł. Otworzyłam szybko pokój i wbrew mojej woli i obrzydzeniu wzięłam krew do rąk. Była jeszcze ciepła. Ubrudziłam twarz i mundur nią. Następnie ubranie podarłam, abym wyglądała jakbym wracała z bijatyki. Odczepiłam sznur z jednej strony i zamoczyłam go w kałuży. Brudnymi rękami rozwaliłam elegancko ułożone włosy i jak burza wybiegłam, pchając z całą mocą ciężkie drzwi. Po tym pobiegłam przed siebie.
-Ludwig!- mój głos zdawał się rozbrzmiewać po wszystkich pokojach i korytarzach. Czułam, jak mój oddech staje się bardziej płytki i nierówny. Lekcje aktorstwa może nie pójdą na marne.
-Ej, ej co jest!- blondyn wychylił się zza białych jak śnieg drzwi. Chyba przeszkodziłam mu w czymś ważnym, ponieważ jego oczy miały w sobie ogromnie duże pokłady złości. Przeczesał włosy do tyłu ciągle wbijając na mnie wzrok.
-Polska uciekł- spróbowałam zagrać przerażenie jak najbardziej tylko potrafiłam. Na siłę kilka łez spłynęło mi ciężko po policzku.
-Jak to- wkurzył się jeszcze bardziej. Państwo, młodsze ode mnie, ale stanowczo wyższe podeszło do mnie. Byliśmy tak blisko, że czułam jego zimny oddech na twarzy.
-Normalnie, próbowałam do tego nie dopuścić, ale był silniejszy i szybszy- chwyciłam za sznur i niedbale przerzuciłam go za ramię.
-Dobra, zostań tu z Bałtykami. Ja, Prusy i Rosja pojedziemy i ogarniemy sprawę.- Czułam, jak przeszywa mnie ból w brzuchu. Bałam się, że plan nie wypali.
-Jasne- powiedziałam szybko i odeszłam. Po drodze słyszałam tylko krzyk Niemiec skierowany do Prus i Rosji. Następnie ciężkie kroki rozbrzmiały po korytarzu, a następnie mocne i nerwowe trzaśnięcie drzwiami. Później była tylko piszcząca w uszy cisza.